Pokaż wiadomości

Ta sekcja pozwala Ci zobaczyć wszystkie wiadomości wysłane przez tego użytkownika. Zwróć uwagę, że możesz widzieć tylko wiadomości wysłane w działach do których masz aktualnie dostęp.


Pokaż wątki - Sebastian Winter

Strony: 1 ... 7 8 [9] 10
121
1. Too many of my Yesterdays
2. Faith
3. Empire of delight
4. Silver
5. Beside the one you love
6. Other old cliches
7. Confidence
8. Sleep Now

122
Ankiety różne / Yes po trzykroć
« dnia: 27 Maja 2009, 12:49:39 »
Yes czyli obok VDGG genesis i Floydow moj ukochany zespol artrockowy- mysle ze ankieta mu sie z pewnoscią nalezy O0 O0 O0 0=0

ja glosuje na

1. Close to the edge- bo to arcydzielo.....nawet gdyby tam byla tylko ta suita to bym maksymalną ocenę przyznał
2.Relayer - uwielbiam te jazz rockowe improwizacje w Sound Chaser
3. Fragile- za "Heart of the Sunrise

123
Ankiety różne / wasze 2 Ulubione albumy Ultravox
« dnia: 24 Maja 2009, 13:24:52 »
ankieta specjalnie dla Polseta ;D ;D ;D

choć nie tylko...ja na przyklad sluchanie dobrej muzyki zacząlem wlaśnie od tego zespolu stąd duzy sentyment...takie albumy jak Rage in Eden czy tez Quartet to pop- rock najwyzszych lotow nie wspominajac o slynnej Viennie.

PS: glosujemy tylko na klasyczne albumy studyjne z okresu 77-86.... 0=0 0=0

ja wybieram Rage in Eden- za dekadencję i
Systems of Romance- bo Johna Foxxa tez trzeba docenić( poza tym to swietna plyta) O0 O0

124
R E G U L A M I N

1. Każdy uczestnik chcący wziąć udział w rankingu musi ocenić wszystkie utwory Van Der Graaf Generator.
2. Oceniamy w skali 1-10*:
a) Skala dotyczy wyłącznie dorobku VDGG;
b) oceniamy utwory w obrębie całej skali, czyli musimy użyć tych wyższych, jak i niższych not (to jest niezbędne przy wyłanianiu średniej). Natomiast każdy już sobie wyznaczy, jakich ocen będzie najwiecej, a jakich najmniej.
*c) wyjatkiem są 3 utwory, którym przyznajemy 11, 12 i 13 punktów - czyli naszym największym faworytom (pomysł zrodził się tylko po to, by uniknąć remisów na podium tabeli, które w wielu przypadkach miałyby średnią 10,0).
3. Prowadzący zlicza średnia wszystkich utworów i układa listę utworów VDGG.
4. Nie ma punktu czwartego.
5. Ranking pozostaje aktualny. W każdej chwili może swe ocenki dopisać nowy uczestnik. W takich przypadkach prowadzący będzie aktualizował zestawienie.




1. Darkness (11/11)
2 Refugees
3. White Hammer
4. Whatever would Robert have said?
5. Out of my Book
6. After the Flood

Zasady są chyba jasne; ranking oceniamy podobnie jak to było przy płytach VDGG (+ punkt 2c); głosujemy na utwory, które były na oryginalnej wersji danej płyty - bez dodatkowych kawałków na remasterach itp.


125
Dyskusje muzyczne i nie tylko / Sklepy internetowe
« dnia: 15 Maja 2009, 15:19:17 »
ja sobie zaczekam az w rockserwisie sie pojawi O0 0=0

126
Dyskusja hammillowa / Loops and Reels (1983)
« dnia: 06 Stycznia 2009, 11:38:59 »
Co sądzicie o płycie Hammilla Loops and Reels?....chyba najdziwniejszej rzeczy jaką Mistrz nagrał. Mnie ten album bardzo się podoba, choć muszę przyznać iż kiedy go pierwszy raz usłyszałem byłem nieco zaskoczony. Myślę iz album ten zyskuję z kazdym przesłuchaniem, poza tym ja bardzo lubie te Hammillowskie eksperymenty.

127
Ankiety hammillowe / Enter K czy Patience
« dnia: 03 Stycznia 2009, 11:53:14 »
ja stawiam na Enter K..przede wszystkim za poruszające Dont tell me i Happy hour, albo dynamiczne paradox drive....

128
Ankiety hammillowe / Hammill lat 90-tych
« dnia: 23 Grudnia 2008, 13:40:08 »
ja nie mam żadnych wątpliwości:
1.Out of Water- pierwszy album Hammilla jaki sobie kupilem...a poza tym jest tutaj  A way out
2. Typical bo to najlepszy koncertowy album lat 90..a wykonanie A way out powala
3. This- bo to piękna płyta jest

129
Ankiety hammillowe / solowy Hammill w 21 wieku
« dnia: 18 Grudnia 2008, 14:57:11 »
ja glosuje na Incoherence- bez 2 zdań arcydzieło

130
Recenzje i opisy płyt VdGG / Still life
« dnia: 14 Grudnia 2008, 14:31:26 »
Still life to druga po Godbluff plyta reaktywowanego w 1975 roku Van der graaf generator. I znowu panowie uraczyli nas albumem genialnym, pełnym patosu, bolu i cierpienia....albumem który w niesamowity sposób opisuje bezsens codziennej egzystencji ukazując człowieka całkowicie zagubionego w otchlani życia. Właściwie każda nuta tego wydawnictwa sprawia wrażenie iż była nagrana z czystej potrzeby serca...tutaj nie ma miejsca na zimną kalkulację....
Nad calą tworczością VDGG unosił cie zawsze mrok spowijający ludzkie dusze- w przypadku tej plyty jest go znacznie więcej.
Co słychać już na samym początku gdy rozpoczyna się podniosła kompozycja Pilgrims . Warto tu zwrócić uwagę na znakomitą partię saksofonu Jacsona...I jeszcze ten tekst Hammilla-' I rise from lifelong sleep'...
Dalej mamy najlepszą według mnie pieśń na tym albumie czyli fragment tytułowy. Jest tutaj wszystko za co zawsze ceniłem muzyków Van der Graafa czyli monumentalny organowy klimat i wszechogarniający nastrój mroku. Pamiętam gdy na koncercie w Bydgoszczy Hammill śpiewal ostatnie wersy tego arcydzieła...' Hers forever, hers forever hers forever in still life' to z pewnoscią była jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia.
Pod numerem trzecim kryje się znakomita La Rossa będąca najbardziej dynamiczną kompozycją na tej płycie pełna rockowego zgiełku i imrowizowanych partii sekcji rytmicznej.
Druga strona tego albumu zaczyna się od przejmującego My Room (Waiting for Wonderland)ktory opowiada o życiu pełnym samotności i strachu przed tym co może się wydarzyć. Calość okraszona jest delikatnymi dzwiękami Hammonda wspomaganego przez saksofon.
Na sam koniec panowie zostawili nam kolejne arcydzieło czyli Childlike Faith in Childhood's End...rozwinietą kompozycję w której aż roi się od szybkich zmian tempa i szaleńczych popisów Jaksona. Swojego czasu był to mój ulubiony fragment Still Life.
Reasumując kolejna wielka plyta VDGG.

131
Recenzje i opisy płyt VdGG / Present
« dnia: 14 Grudnia 2008, 12:20:21 »
Gdy przed kilku laty dowiedziałem się iż legendarna grupa Van der Graaf Generator zamierza się reaktywować z początku byłem bardzo sceptyczny...Wszyscy przecież pamiętamy niezapomniane arcydzieła zespołu z lat siedemdziesiątych takie jak chociażby Pawn hearts albo Godbluff. Tamte płyty elektryzowały nas swoją magią przenosząc słuchaczy w świat mroku i rozpaczy- ważną rolę odgrywały tu teksty autorstwa Hammilla- nikt tak jak on nie potrafił w tak przejmujący sposób opowiadać o utraconej miłości czy też apokaliptycznej wizji świata.
Teraz muzycy mieli powrócić po ponad 30 latach i to oryginalnym składzie- zaraz wiec powstało pytanie czy nowe dokonanie grupy będzie można postawić na równi z dziełami z przeszłości. Wątpliwości nie miałem tylko co do jednej kwestii: to z pewnością nie był skok na kasę w wykonaniu panów Hammilla, Bentona, Jaxona i Evansa...no bo przecież pieniędzy ze swojej twórczości nigdy za dużo nie zarobili, wiec w grę mogło wchodzić jedynie czyste pragnienie sztuki i chęć wspólnych występów po latach.
W 2005 roku podwójna płyta zatytułowana znacząco Present wreszcie się ukazała. Nigdy nie zapomnę tego dreszczu emocji jaki towarzyszył mi wkładaniu albumu do odtwarzacza. No bo przecież z dawna zapomniana legenda powracała a dla kogoś kto wychował się na takich rzeczach jak Pawn hearts czy still life nie było to bez znaczenia.
Pierwsza blaszka ze słowem Songs w podtytule zaczyna się od delikatnych dźwięków Hammonda i pobrzdękiwań perkusji. Zaraz jednak wchodzi głos Hammilla i już wiemy iż nie tracimy czasu słuchając tego albumu. Every Bloody Emperor bo tak nazywa się ta kompozycja to wspaniała majestatyczna ballada w bardzo Hammillowskim stylu. Szczególnie warto wyróżnić cześć środkową będącą pełną klawiszowych uniesień improwizacją.
Słuchając drugiego kawałka czyli Boleas Panic wprost nie mogłem uwierzyć bo to jedna z niewielu kompozycji nie napisanych przez Petera Hammilla a nagranych pod szyldem VDGG- autorem tego fragmentu jest bowiem David Jaxon i naprawdę to słychać: główną rolę pełnią tu dźwięki jego saksofonów a całość posiada senny nieco oniryczny klimat. Lecz to tylko cisza przed burzą bo za chwilę zaczyna się Nutter Alert- mój osobisty faworyt. Tutaj znowu pierwsze skrzypce odgrywa Jaxon a do tego dochodzi jeszcze neurotyczny glos Hammilla i niepokojące klawisze.
Druga połowa pierwszego dysku zdominowana jest przez piosenki dynamiczne: najpierw ostre dźwięki gitary oznajmiają początek mrocznego Abandon ship! a juz za chwilę mamy do czynienia z kakofonicznym i brutalnym In Babelsberg przypominającym czasy solowej płyty Hammilla Nadirs Big chance. Całość kończy przepiękna ballada On the beach i tylko szum odległych fal zdaje się wyrywać nas z tych 38 minut.
Płyta druga zatytułowana Impros przynosi nam zgodnie z nazwą ponad godzinę niezwykłych improwizacji w których każdy z muzyków ma okazję zaprezentować swoje umiejętności. Jak można łatwo wywnioskować nie jest to muzyka łatwa ale czyż Van der graaf Generator nie przyzwyczaił nas do takich dźwięków?. Mamy do czynienia z nastrojowymi fragmentami rodzaju Sky movs czy tez z przedziwnymi konstrukcjami jak chociażby Architectural Hair. Duzo w tym albumie jazzowego feelingu ale to chyba nie powinno fanom VDGG przeszkadzać.
Podsumowując Present to bardzo udane wydawnictwo choć po pierwszym przesłuchaniu może nieco odstawać od arcydzieł sprzed 30 lat. Jednak nie zapominajmy iż tamte czasy juz bezpowrotnie minęły a my dostaliśmy wspaniały album doskonale rozumiejących się muzyków. Czegoż chcieć jeszcze?

132
Recenzje i opisy płyt VdGG / Godbluff
« dnia: 11 Grudnia 2008, 21:34:16 »
Czarna ascetyczna okładka na ktorej widać tylko tytuł płyty i nazwę zespołu. Stanowi ona zupełne zaprzeczenie psychodelicznych obrazków Paula Whiteheada pojawiających się na poprzednich albumach grupy...ale jakaś zmiana musiała przecież nastąpić ...bo jakby nie patrzeć Godbluff to pierwsze dzieło zespołu wydane po blisko 4 letniej przerwie. Wiele się przez ten czas działo głównie w obozie Petera Hammilla który do 1975 roku zdołał nagrać az 4 solowe płyty nie zawsze pokrywające się pod względem muzycznym z VDGG.
W koncu jednak panowie postanowili znowu wspólnie tworzyć i po kilku miesiącach wytęzonej pracy na rynku pojawił się album zatytulowany Godbluff.
Jak można się było domyślać te 4 lata zrobily swoje i muzyka zawarta na tym wydawnictwie w dużym stopniu różni się od chociażby Pawn Hearts. Przede wszystkim są to dzwięki o wiele bardziej dynamiczne i ostrzejsze niż wszystko co muzycy dotychczas nam proponowali. Więcej jest w tych kompozycjach chaosu który jednak ma swój wyraźny cel i miejsce. Nie zmienia to oczywiście sytuacji iż Godbluff to obok wspomnianych wyzej serduszek i Still life moja ulubiona płyta Van der graafów.
Album zaczyna się od najbardziej przystępnej pieśni na tym wydawnictwie czyli Undercover man. W tym fragmencie znajdujemy właściwie wszystko za co fani rocka progresywnego tak bardzo zespól pokochali. Mroczne klawisze Bentona okraszone niesamowitym śpiewem Hammilla no i oczywiście porywający saksofon Jacksona. Wyjątkową uwagę zwróciłbym tutaj na sam pczątek tej kompozycji gdy Hammill na granicy szeptu intonuje pierwsze wersy ' Here at the glass, all the usual problems, all the habitual farse...'
Cienie bezgwiezdnej nocy zaczynają na nas opadać już w drugim fragmencie płyty czyli Scorched earth. Jeden z najmroczniejszych momentów w całej historii grupy z parazającym aczkolwiek trochę enigmatycznym tekstem Mistrza. Mamy tutaj przede wszystkim znakomitą partię Jacksona która nadaje calej pieśni charakteru niemalże mistycznego.
Druga część Godbluff zabiera nas w przerażającą podróz w głab najciemniejszych otchłani ludzkiej duszy wyciągając na światło dzienne wszystko to o czym nie chcemy nawet pamiętać.
Najpierw słuchamy Arrow, podyszyta strachem kompozycja ukazuje nam mroki sredniowiecza z charakterystyczną dla Hammilla Lekką szczyptą ironi. Muzycznie to z pewnością najtrudniejszy w odbiorze fragment albumu, pelen jazzowych improwizacji i wszechobecnego nastroju grozy...
Na samym końcu plyty muzycy zaprezentowali nam prawdziwą mini-suitę, 10 minutową kompozycję Sleepwalkers. Gdy tylko ją uslyszałem po raz pierwaszy, to zawsze Lunatycy kojarzyli mi się z opuszczonym cmętarzyskiem na którym strzygi i inne stwory rozpoczynają swój upiorny taniec. Wiem ze to może zabrzmiec trochę infantylnie ale taka jest ta muzyka. Pod względem dzwiękowym mamy to do czynienia z nastrojem dekadeckiego kabaretu gdzieś z końca XIX wieku... No i ten niesamowicie agresywny spiew Hammilla rozpoczynjący się okoła 7 minuty. prawdziwe cudo...
Pozycja obowiązkowa.


133
Recenzje i opisy płyt PH / Fools Mate
« dnia: 11 Grudnia 2008, 11:46:44 »
Wydany w 1971 roku debiutancki solowy album Petera Hammilla zaskoczył chyba wszystkich ówczesnych sympatyków Van der Graaf Generator. Z pewnością spodziewali się oni mrocznych dekadenckich dźwięków czyli płyty gdzie każda następna pieśń jest bardziej ponura od poprzedniej. Tymczasem Fools mate okazał się być wydawnictwem złożonym przede wszystkim z luźnych piosenek które tylko gdzieniegdzie przypominały późniejszą twórczość Hammilla. Nad większością kompozycji unosi się bowiem dość mocno zauważalny duch psychodelicznych odjazdów.
Weźmy na przykład otwierający ten album fragment czyli Imperial Zeppelin będący najbardziej zwariowaną pieśnią jaką Hammill kiedykolwiek nagrał. Albo mega- optymistyczny Sunshine mogący się trochę kojarzyć z Seaside rande-vous grupy Queen. Nie wspominając o przepięknej balladzie Vision- poruszającym wyznaniu miłości do ukochanej osoby. Oprócz tego mamy tu jeszcze radosne Happy czyli prawdziwą Hammillowską afirmację życia i przedziwne, troszkę musicalowe Re-Awakening.
Oczywiście na Fools Mate znajdziemy też kilka fragmentów pełnych smutku i desperacji jak chociażby Birds- jeden z największych klasyków artysty czy tez I once wrote poems mroczną opowieść o niezabliźnionych ranach które na zawsze zostawiają ślad w sercu.
Kolejnymi perełkami na płycie są z pewnością przeurocze na wpół akustyczne Child i dramatyczne Summer Song (In the Autumn) ze znakomitym refrenem.
Podsumowując jest to z pewnością płyta jakiej nikt po Hammillu by się nie spodziewał: dominuje prostota, na próżno szukać tu jakiś jazzrockowych, szalonych improwizacji. Ale właśnie to sprawia iż album ten ma tyle uroku i znakomicie poprawia humor w zimny deszczowy dzien.

134
Recenzje i opisy płyt PH / Out of Water ... - recenzja
« dnia: 10 Grudnia 2008, 15:02:21 »
Wydana w 1990 roku płyta Out of Water, była drugim z kolei ( po Silent Corner...) albumem Hammilla który usłyszałem. Wciąż jeszcze pamiętam ten pochmurny listopadowy dzień w łódzkim Empiku kiedy postanowiłem odsłuchać kilka fragmentów. Pani z muzycznego stoiska uprzejmie włączyła dla mnie płytę, a ja z słuchawkami na uszach po raz pierwszy w życiu usłyszałem A way out- ponad siedmiominutową kompozycje kończącą Out of Water.
I musze powiedzieć iż byłem w prawdziwym szoku- nogi się pode mną uginały a Mistrz śpiewał najpiękniejszą z dołujących pieśni wszechczasów....I wish I said I love you......te słowa na wiele lat stały się moim życiowym mottem. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie ileż to razy nuciłem pierwsze takty tego arcydzieła w najprzeróżniejszych sytuacjach. To jedna z takich kompozycji podczas których słuchania, niemal cała przeszłość staje otworem i znów zaczynają ożywać najbardziej bolesne wspomnienia.
Tamtego dnia oczywiście kupiłem Out of Water i zaraz po powrocie do domu przekonałem się iż płyta w całości jest bardzo równa.
Rozpoczyna się ona dynamicznym Evidently Goldfish ze wspaniałą partią gitary . Zaraz potem mamy kolejne wielkie DZIELO czyli Not the man: znowu znakomity tekst i przejmujące choć bardzo eklektyczne dzwięki...But if I am not the man, that you took me to be, Did I Walk in your dreams, I ve no idea Who that person might be....-śpiewa Mistrz a my przypominamy sobie sylwester 31 stycznia 2000 roku i wydaje nam się iż te słowa dotyczą właśnie nas... zawsze kiedy słucham tej kompozycji to wydaje mi się jakbym rozmawiał z samym sobą.
Pod numerem trzecim kryje się oniryczne No moon in the water ale to tylko cisza przed burzą bo już za chwile rozpoczyna się druga obok A way out najważniejsza rzecz na płycie. Our oyster to przepiękna ballada, jedna z najbardziej zaangażowanych pieśni jakie Hammill kiedykolwiek napisał. Przejmujący tekst opowiadający o masakrze na placu Tienanmen, zdaje się być niemym protestem przeciwko okrucieństwu tego świata. I jeszcze te słowa Mistrza śpiewane na niemal samym końcu: theyre playing world music on Tienanmen square, the whistle of bullet in the air....
Druga strona płyty zaczyna się od cudownego Something about Isabel dance ze znakomitą partia skrzypiec. Dalej mamy energiczne Green fingers które zwraca uwagę znakomitym, melodyjnym refrenem, no a potem jeszcze monumentalne On the surface i w ten sposób docieramy do A way out- prawdziwej podróży do samounicestwienia......
Podsumowując Out of Water to znakomita płyta którą Hammill w świetny sposób wszedł w lata 90-te będące przecież dla niego czasem wyjątkowo urodzajnym( vide Fireships czy też X-my heart albo This). Dla każdego fana PH rzecz obowiązkowa a poza tym nie wyobrażam sobie mojej dzisiejszej egzystencji bez A way out....

135
Recenzje i opisy płyt PH / Chameleon In The Shadow Of The Night
« dnia: 09 Grudnia 2008, 09:15:28 »
Takich albumów powinno słuchać się w absolutnej ciemności, najlepiej z kieliszkiem czegoś mocniejszego trzymanym w dłoni...Za oknem aksamitna noc a my zdajemy się przeżywać na nowo te wszystkie dni które tkwią w nas niczym sztylet wbity w serce. Dni, kiedy mrok wypełniał każdy zakamarek pokoju, i tylko wiatr huczący gdzieś tam w oddali przypominał nam o rzeczywistości co powracała niczym zimne światło dnia. szeptając: Stąd nie ma ucieczki...
Przepraszam was za te moje osobiste dywagacje ale ta muzyka właśnie tak na mnie działa. Z każdym dźwiękiem zdaję się hipnotyzować i porywać na sam kraniec ludzkiej wytrzymałości. Ta płyta wciąga i nie pozwala o sobie zapomnieć choćbyśmy bardzo tego chcieli.
Wydany w 1973 roku album Chameleon In The Shadow Of The Night był dla Hammilla wydawnictwem przełomowym jeśli chodzi o jego solową karierę. Po raz pierwszy artysta mógł się w pełni wypowiedzieć i ukazać swoje drugie oblicze dotychczas dyskretnie skrywane pod płaszczem progresywnej twórczości grupy VDGG. Ta płyta bowiem jest aż do bólu intymna i osobista. Mistrz śpiewa o wszystkich demonach które na przestrzeni wielu lat zdawały się go prześladować. I robi to w taki sposób że nie można obok tego albumu przejść obojętnie.
Całość zaczyna się od akustycznej pieśni German Overalls będącej dla Hammilla gorzkim rozliczeniem z życiem w trasie. Muzycznie jest tutaj tyle emocji ze można by nimi wypełnić kilka albumów naraz. Szczególną uwagę zwraca przepiękne solo na organach pod koniec kompozycji.
Pod numerem drugim kryje się kolejna ballada czyli Slender threads ale jeśli po tych 2 fragmentach będziemy pewni iż to płyta całkowicie akustyczna już wkrótce możemy się zdziwić. Bo oto rozpoczyna się Rock and Role- najostrzejsza część tego wydawnictwa. Pełna znakomitych prawie jazzowych improwizacji z bardzo agresywnym śpiewem Hammilla.
' I promise you I wont leave a clue, no tell tale remark no print of my shoe...'- to pierwsze słowa następnej kompozycji na płycie czyli In the End...będącej czymś na kształt listu samobójczego zaśpiewanego przez Mistrza w taki sposób że az ciarki po plecach przechodzą. Atmosfera smutku i desperacji zdaje się tu mieć swoją prawdziwą kulminację. I jeszcze te zimne dźwięki fortepianu przechodzące w całkowita cisze pod sam koniec.
Druga strona płyty zaczyna się od troszeczkę folkowego Whats it worth aby zaraz później uderzyć w słuchacza jednym z największych Hammillowskich klasyków czyli Easy to slip away. To kolejna smutna pieśń w przejmujący sposób opowiadająca o samotności. Warto tu zwrócić uwagę na znakomitą partie melotronu który nadał tej pieśni prawdziwie majestatycznego nastroju.
Następnie mamy bardzo intymne Dropping the torch czarujące nas pięknymi dźwiękami gitary akustycznej no a potem..........
In the black room to ponad 10 minutowa kompozycja zdająca się być kwintesencją Hammillowskiego mroku. Pełna szalonych improwizacji i zmian tempa pędzi nieubłaganie ku poruszającemu zakończeniu. Nie można oczywiście zapomnieć o tym iż jest to rzecz najbliższa dokonaniom VDGG głównie ze względu na saksofon Jacksona.
Podsumowując Chameleon In The Shadow Of The Night to kolejny znakomity album Hammilla będący świetnym wprowadzeniem do jego największego dzieła czyli płyty Silent Corner...
Tak czy inaczej pozycja obowiązkowa dla wszystkich co szukają w muzyce przede wszystkim piękna i smutku. Znajdziecie tu tego pod dostatkiem

Strony: 1 ... 7 8 [9] 10