Autor Wątek: Peter Hamill dla początkujących (subiektywna (bardzo) propozycja)  (Przeczytany 5983 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline ceizurac

  • (цеиэурац)
  • NadKoneser
  • Ekspert-wyjadacz
  • ****
  • Wiadomości: 15564
  • Płeć: Mężczyzna
  • booty
    • Zobacz profil
Oto artykuł, który miał się ukazać w "Biuletynie Progrockowym", ale coś mi się widzi, że nie zaistnieje. A szkoda by nikt go nie przeczytał, więc daję go tu. Za zadanie miałem przekonać nieznających Hammilla do zapoznania się z jego twórczością w zwięzły i krótki sposób. Co w przypadku ilości dokonań Petera jest raczej niemożliwe. Oczywiście jest to całkowicie MOJE SUBIEKTYWNE spojrzenie. Pewnie ktoś inny wybrał by inny zestaw.
Zapraszam do lektury.



Ktoś Ci doradził, że trzeba koniecznie znać muzykę tego faceta? Gdzieś doczytałeś, że Peter  Hammill to jeden z najoryginalniejszych wokalistów i muzyków w historii rocka. Geniusz, Mistrz, wokalista, poeta i multiinstrumentalista. Myślisz sobie, że kit Ci wcisnął. Ale może nie? Zatem wpisujesz (bo nie wierzę, że zajrzysz do jakiejś książkowej encyklopedii muzycznej) w Internecie hasło „Peter Hammill dyskografia”. Wyświetla się spis. Bardzo długi spis – samych studyjnych płyt ponad 30, kilka koncertowych albumów i kilka składanek. Przeglądasz pobieżnie i zniechęcony ogromem materiału być może zrezygnujesz. Nie wiesz co tracisz.  Szkoda mi Cię… A może sięgniesz po ten tekst i przeczytasz; potem sięgniesz po płyty i posłuchasz. Chciałbym by tak było. Ale czy będzie?

Przede mną ciężkie zadanie. Jakich kryteriów dokonać by z kilkudziesięciu płyt wybrać tych kilka, po które słuchacz sięgnie, posłucha, zaakceptuje, może przejdzie obojętnie obok nich, pokocha lub znienawidzi.
Peter Hammill w trakcie swej ponad 40-letniej nagrywał płyty bardzo różnorodne – czasem wręcz skrajne jak biel i czerń; imał się różnych stylów muzycznych, sięgał po różne środki wyrazu, angażował różnych muzyków w różnych kombinacjach.
By było łatwiej (i słuchaczowi i autorowi tekstu) postanowiłem podzielić twórczość Hammilla na dekady: lata 70., lata 80., lata 90. i wiek XXI; ale żeby aż tak łatwo nie było dodałem jeszcze kilka kategorii. Z każdego okresu chciałbym polecić kilka płyt, które moim zdaniem trzeba znać.
W moim odczuciu najlepsze płyty Hammill nagrał na początku swojej kariery. Lata 70-te to czas eksperymentów, szaleństwa, genialnej weny twórczej; z kolei w wiek XX muzyk wszedł  pełen dojrzałości wiekowej i artystycznej. To okres mistrzostwa starego Mistrza, który ma jeszcze wiele do powiedzenia. Natomiast lata 80-te i 90-te wg mnie nie mają w sobie tego błysku geniuszu, czasem Hammill się troszkę pogubił, zaczął kombinować, a i może oczekiwania były inne. Oczywiście nagrał wtedy wiele dobrych płyt, ale naprawdę wybitnych w tym okresie ze świecą szukać. W wiek XXI muzyk wszedł jak burza nagrywając kilka doskonałych płyt, które można zaliczyć do jego najlepszych.

I. STUDIO

1. Lata 70. – złote lata.

Hammill zaczynał grać, śpiewać, pisać muzykę i teksty w latach 60-tych , jednakże szczyt jego twórczości to właściwie całe lata 70-te, wtedy to bowiem swoimi płytami ocierał się o muzyczne apogeum.
Jako solista w latach 1971-1979 nagrał 8 płyt; bardzo dobrych płyt – w tym kilka naprawdę genialnych. Z tego okresu bezwzględnie trzeba znać: „Chameleon in the Shadow of the Night” (1972), „Silent Corner and the Empty Stage” (1974), “In Camera” (1974) i “Nadir’s Big Chance” (1975). Trzy pierwsze można w pewnym sensie połączyć w tryptyk – zawierają bowiem kilka utworów na planowane albumy swojego macierzystego zespołu Van Der Graaf Generator; grupa się jednak rozpadła i Hammill nagrał je na solowych płytach (co ciekawe i dziwne przy pomocy i udziale kolegów z rozwiązanego VDGG). Te utwory vandergraafowate to: „Rock and Role”, „(In the) Black Room”, “Red Shift”, “A Louse is Not a Home”, “Gog/Magog (in Bromine Chambers)”. Przy okazji kolejnych reaktywacji zespołu w 1975 (a później w 2005 i od 2007 do teraz) niektóre z nich grane są praktycznie do dziś. „Black Room”  i „A Louse…” to muzycznie i tekstowo psychodeliczne stadia samotności, strachu, choroby psychicznej, podane w ponad dziesięciominutowych minisuitach. „Gog” to bodajże najlepszy opis piekła jaki słyszałem (deathmetalowcy mogą się schować), uzupełniony przez „Magoga” czyli kilkanaście minut mieszanki muzyki awangardowej i współczesnej, trudnej – prawie „nie do słuchania”. Utwory te cechuje również histeryczny, na granicy obłędu wokal Hammilla. Z tych trzech albumów wyróżnić należy również ballady: „In the End” (niewykluczone, że tematem tej pieśni jest samobójstwo), „The Lie” (bardzo antykościelny utwór) czy też „Ferret & Featherbird” i „Again”; nie można nie wspomnieć o „Modern” – agresywnej wizji urbanizacji i „The Comet, the Course, the Tail” – filozoficznego traktatu na kwartet gitarowy i głos.
Płytę „Nadir’s Big Chance” nagrano przy okazji reaktywacji Van der Graaf Generator. Hammill chciał się „dotrzeć” z kolegami i powstała jedna z pierwszych punkrockowych płyt (jeszcze zanim powstał termin „punk rock”). Mamy tu krótkie, gitarowe ostre utwory; mamy kilka zwykłych piosenek i ballad.

2. Lata 80. – chudsze lata czyli czarno-białe momenty.
Kolejną dekadę Hammill rozpoczyna świetnym, ale jakże mrocznym albumem „Black Box” (1980), na który składają się krótkie – znowu bardzo eksperymentalne utwory oraz jeden długi 20-minutowy „Flight”. Największe wrażenie robią do dziś „Jargon Kings” – dziwny utwór najeżony nieokreślonymi syntezatorowymi dźwiękami, pełen  jakiejś wściekłej agresji oraz „Fogwalking” – ten z kolei to niesamowity nastrój zamglonego Londynu, z Kubą Rozpruwaczem w roli głównej. Suita „Flight” – to przegląd nastrojów – od spokojnych (białych) do mrocznych (czarnych), zawierających w sobie i delikatne balladowe (fortepianowe) granie, jak i brutalne, chore dźwięki – niedalekie od tego czym często nas raczył VDGG. Co ciekawe Hammill dość często w latach 80-tych grał ten utwór na koncertach solo jak i z zespołem, którego ideę już miał w głowie. Dla mnie to mistrzostwo świata – ponad 20 minut intensywnego śpiewu i grania na fortepianie. W czerwcu 2012 podczas trasy po Ameryce VDGG również włączył do swego repertuaru tę kompozycję.
Peter Hammill wkrótce chyba zatęsknił za życiem zespołowym w trasie, bowiem powołał „swój” zespół, który nazwał tajemniczo K-Group (sam przyjął pseudonim K – wyjaśnienia tego inicjału są różne – m. in. panuje opinia że to od Josefa K. - bohatera „Zamku” Kafki), z którym nagrał 3 świetne płyty oraz zagrał mnóstwo koncertów. K-Group był typowo rockowym zespołem, bez żadnych udziwnień, komplikacji – 2 gitary, bas, perkusja i fortepian (okazjonalnie w studiu grał na saksofonie David Jackson). Najlepszą wizytówką zespołu wydaje się być „Enter K” (1982) – z mnóstwem kapitalnych piosenek (Paradox Drive, Accidents, The Great Experiment, Don’t Tell Me) oraz  jednym dłuższym utworem „Happy Hour”. O ile wcześniejsze albumy (głównie te z lat 70-tych) były mniej czy bardziej zróżnicowane i często trudniejsze w odbiorze K-Group grał muzykę niejako łatwą - dla początkującego poszukiwacza twórczość tego zespołu będzie idealna. Oczywiście grupa grała również kilka klasyków Hammilla z przeszłości takich jak „Modern”, „Flight”, „The Second Hand”, „Porton Down”, „Again”.
Album przekrojowy „Love Songs” (1984) to zgodnie z tytułem zbiór miłosnych pieśni; wybór pochodzi z całej wcześniejszej twórczości i zawiera nagrane na nowo bardzo osobiste spojrzenia na różne rodzaje miłości – szczęśliwej, niespełnionej, przelotnej. Jedyne do czego można się przyczepić, to to że pominięto kilka piosenek idealnie pasujących do tego zestawu.
Jakże inny od płyt K-Group jest „And Close As This” (1986). Hammill zamknął się sam w studiu i wyłącznie za pomocą instrumentów klawiszowych nagrał najspokojniejszą płytę w swej karierze. Ledwie 8 pieśni, ale cudownych pieśni o zmiennych nastrojach, różnych paletach dźwiękowych – poza fortepianem, pianinem i różnymi klawiszami Hammill skorzystał również z pomocy komputera.

3. Lata 90. – fala wznosząca czyli na powierzchni.
W latach 90-tych Hammillowi powodziło się różnie; albumy lepsze przeplatane były słabszymi, składy w których je nagrywał też były różne; a i Mistrzowi jeszcze brakowało tego momentu, w którym uznałby że czas robić wszystko samemu. Ale ten czas był dosłownie tuż, tuż...
 „Out of Water” (1990) – to jeden z lepszych albumów mistrza, delikatny, spokojny (ledwie kilka ostrzejszych momentów mamy w “Green Fingers” i w “On the Surface”); Hammill w niewielką pomocą kilku znajomych muzyków (David Jackson, Stuart Gordon, John Ellis i Nick Potter) porusza nas do głębi, szczególnie w kulminacyjnym “A Way Out” (być może poświęconym zmarłemu bratu, który popełnił samobójstwo). Jedyną wadą tej płyty może być brzmienie – dla mnie jakieś takie sztuczne, co nie zmienia faktu iż to doskonała muzyka.
„Fireships” (1992) można również zaliczyć również do serii spokojniejszych płyt Hammilla, właściwie płynie sobie ta muzyka, płynie delikatnie, nie niepokojona przez nikogo. Tu i ówdzie okraszona znakomitymi nieco orientalnymi solami Jacksona („Oasis”), tudzież klawiszowymi tłami Davida Lorda („His Best Girl”, „Gaia”).
“Roaring Forties” (1994) – warto ten album polecić głównie z dwóch powodów: to – w większości fragmentów - dość ostra, zgrzytliwa płyta; mamy tradycyjne (jak na Hammilla)  rockowe kawałki z ostrymi gitarami i saksofonem (jak za starych dobrych czasów VDGG); i mamy przede wszystkim wspaniałą wieloczęściową suite „A Headlong Stretch”, w której motywy dzikie i szalone łagodzą nam wspaniałe akustyczne fragmenty. Na deser Hammill serwuje nam tradycyjną (w jego stylu) balladę „Your Tall Ship”.
„This” (1998) – wydaje się być najlepszą płytą z tego okresu; mamy tu wiele niesamowitych piosenek – chociażby wściekły (w końcowej partii improwizacji) „Unrehearsed”, albo cudowne ballady „Since the Kids” (niełatwe rodzicielstwo), „Nightman”, „Fallen”; na sam koniec Hammill zostawił nam ambientowy, proekologiczny majstersztyk „The Light Continent” – 14 minut niesamowitych szumów, klawiszowych odgłosów, szeptanego śpiewu. Płytę dopełnia idealnie dobrana i nie wychodząca na pierwszy plan gra stałych współpracowników – m.in. Jacksona na saksofonie i Gordona na skrzypcach.

4. XXI wiek – mistrzostwo Mistrza.
W 21 wiek Hammill wszedł z ogromnym bagażem życiowym i muzycznym. Doświadczenia te mógł wyrazić w sposób najdoskonalszy jak potrafił – czyli poprzez doskonałą muzykę. Cały ten okres charakteryzuje się tym, że nie mamy tu słabych płyt, żadnych odrzutów, niepotrzebnych kaprysów. Zatem wybór – co należy poznać z tego okresu - jest ciężki, bo naprawdę dobrą muzykę trzeba pominąć (co nie znaczy, że nie warto jej poznać - “None of the above” (2000), “What, now?” (2001) i “Incoherence” (2004) są równie dobre, ale wybór musi być dokonany (niestety dość subiektywnie).
Peter zaskakuje nas już w “Clutch” (2002) - płycie niemal folkowej (a przynajmniej z takimi motywami); nie dość, że nagrał ją praktycznie sam (z niewielką pomocą stałych współpracowników) – to użył prawie wyłącznie gitar akustycznych. Mnóstwo świetnych kawałków, które spokojnie mogłyby być zagrane na ulicy przez zarabiających na wakacje grajków; wiele z nich ma nieskazitelną produkcję (ech ta czystość w “Ice Hotel” czy w rozwijającym się prawie do prędkości światła “Bareknuckle trade”); mamy tu cudną balladę napisaną dla córki “Once You Called Me”; mamy przejmujące pieśni o problemach społecznych - “Skinny” (anoreksja) i “Just a Child” (pedofilia); mamy niesamowity antykościelny “This Is the Fall”.
Ostatnie 3 studyjne płyty Petera czyli “Singularity” (2006), “Thin Air” (2009),  “Consequences” (2012) układają mi się znowu w tryptyk. Hammill poszedł na całość i nagrał, wyprodukował i zmiksował je całkowicie sam; jedynie okładki stworzył stały grafik – Paul Ridout. Można posunąć się do stwierdzenia, że mamy tu do czynienia z koncept albumami – niejako wszystkie dotyczą przemijania, upływu czasu, śmierci, momentów ostatecznych w życiu człowieka.
“Singularity” nagrany został tuż po zawale serca Hammilla i jest niejako spojrzeniem przez pryzmat tego zdarzenia. Zawiera mianowicie w większości cykl piosenek na temat śmierci w różnych aspektach - “Meanwhile My Mother” (umieranie chorej na Alzheimera matki Hammilla), “Friday Afternoon” (śmierć stroiciela fortepianu Hammilla); wreszcie “Our Eyes Give it Shape” (radość, że się umknęło śmierci) oraz dotyczące osobistych doświadczeń Hammilla “Even Horizon” i “Famoust Last Words”; na końcu mamy “White Dot” - bezapelacyjnie najlepszy utwór Hammilla od lat 70-tych, opisujący w sposób niesamowity, straszny, depresyjny, dołujący moment samego zawału oraz bliskie spotkanie ze śmiercią. Jak zobrazować niemożność ucieczki przed nią? Hammill dokonuje tego poprzez utwór totalny; poprzez utwór niepokojący, mroczny, mocny, z wokalem jakby ciętym żyletką, z niesamowitym nastrojem tworzonym przez nagromadzenie gitar, klawiszy, elektroniki. Wszystkiego, co w muzyce awangardowej/współczesnej najlepsze i najbardziej niesamowite. „White Dot” przebija ciało na wylot. Po przesłuchaniu tej piosenki można się bać, można wzruszyć rękoma; ale chwała Hammillowi, że stworzył takie arcydzieło – muzyczne i poetyckie. Nie ma lepszego utworu o śmierci. W tekstach „Singularity” nie obeszło się również bez flirtu z fizyką teoretyczną (tak!). Sam tytuł płyty „Singularity” można tłumaczyć m.in. jako „osobliwość”, a jest to obszar, w którym przyspieszenie grawitacyjne lub gęstość materii są nieskończone; osobliwość wg fizyków powinna istnieć na początku Wszechświata bądź we wnętrzu czarnej dziury. „Event Horizon„ - „Horyzont zdarzeń” (w teorii względności sfera otaczająca czarną dziurę lub tunel czasoprzestrzenny, oddzielająca obserwatora zdarzenia od zdarzeń, o których nie może on nigdy otrzymać żadnych informacji. Innymi słowy, jest to granica w czasoprzestrzeni, po przekroczeniu której prędkość ucieczki dla dowolnego obiektu i fali przekracza prędkość światła. I żaden obiekt, nawet światło emitowane z wnętrza horyzontu, nie jest w stanie opuścić tego obszaru. Wszystko, co przenika przez horyzont zdarzeń od strony obserwatora, znika). Z kolei „White Dot” (Biała kropka) można interpretować jako sam początek Wszechświata, kiedy to cała materia była zagęszczona do nieprawdopodobnej postaci; chociaż tekst tego utworu przedstawia raczej samo spotkanie ze śmiercią – czy też konkretniej niemożność z sytuacji ekstremalnej na żaden ruch, na żaden unik. Człowiek w trakcie zawału serca nie może nic; może tylko liczyć na kogoś z zewnątrz.
W “Thin Air” Hammill stawia pytania o nieuchronność losu ludzkiego; mamy też nawiązania do zamachów na World Trade Center (mające wspólny refren klimatyczny “Ghost of Planes” i monumentalny “The Top of the World Club”). Cała płyta jest bardzo spójna i spokojna, poza „Wrong Way Round”, całkowicie instrumentalnym utworem z narastającymi powoli, a później już mocno rzężącymi, brudnymi gitarami i brutalną perkusją. Płyta cudowna.
“Consequences” – ostatnia do tej pory solowa płyta Hammilla jest chyba jedyną, o której powiedział, że właściwie jej tkanka muzyczna została obudowana wokół wokalu; że na śpiewie skupia się całość i przesłanie tej płyty; wokal jest zawsze i wszędzie - nakładki, różne skale, tonacje, zawodzenia - w większości niemelodyjne i nawet odpychające. Trzeba się dokładnie wsłuchać i wychwycić te wszystkie genialne ornamenty ekwilibrystyki wokalnej Mistrza. Muzycznie mamy kilka pereł – drapieżny, a pod koniec wściekły i brutalnie zniekształcany gitarowym riffem „Scissors”; zbliżający się do atonalności „Perfect Pose”; „mechaniczny” „New Pen-pal”; wreszcie podejmujące problem śmierci i starości – „All the Tiderness” i „A Run of Luck” – tym razem prosta melodia fortepianowa, cichy śpiew… Znowu znakomite zakończenie.


II. Szkielety piosenek.

1. Oficjalne koncertowe płyty.


“Typical” (1999) – wydana w 1999, ale zawiera nagrania z trasy koncertowej po Europie z 1992 roku. To bardzo intymna płyta – Hammill i na przemian fortepian, gitara. W niektórych momentach Hammill dokonuje gitarowych cudów – ech te zgrzyty, brudne zniekształcenia dźwięku w “Modern” “Patient”, “The Comet, the Course, the Tail” czy też gra jak natchniowy na fortepianie w “Future Now”, “Traintime” i w “A Way Out” - to najlepsze wykonanie jakie słyszałem (z kilkudziesięciu jakie mam, nawet wersja studyjna z “Out of Water” tej z “Typical” do pięt nie dorasta). Brakuje tu tylko jednego – czyli wykonywanego podczas tej trasy fragmentu opery rockowej “Usher's suite”. Ale co się odwlecze...
“In The Passionkirche BERLIN MCMXCII” (2009) – DVD/CD – najpierw wydano ten koncert na kasecie vhs, dopiero niedawno postarano się o dvd i cd. Jest to występ zarejestrowany w berlińskim kościele 11 kwietnia 1992 roku. Mamy tu m.in. solowe (bardzo teatralne) wykonanie fragmentów suity “Usher's suite”. Jedyną wadą tego wydawnictwa jest to, że piosenki są przedzielone krótkimi wywiadami z Hammillem na różne tematy – takie jak śmierć, starość, polityka, wiara; bardzo interesujące, ale rozbijają dramaturgię samego koncertu.
“Margin+” (2002) – wydanie drugie longplaya K-Group z 1985 roku. Mamy świetny przekrój przez całą twórczość tego zespołu. Jest nawet rewelacyjne wykonanie “Flight”. Muzyka bardzo żywiołowa, dynamiczna – czysty rock.
“Pno Gtr Vox Box” (2012) – świeżutki 7-płytowy box Hammilla to uczta dla uszu; płyty podzielono “tematycznie”:
"What if I forgot my guitar?" (wyłącznie fortepian)
"What if there were no piano?" (wyłącznie gitara)
"What if I knew this was the last show I would ever do?" (ostatni hipotetyczny koncert)
"What if I played only VdGG/VdG songs?" (wyłącznie utwory VDGG i VDG)
"What about songs I didn't play in Japan?" (piosenki nie grane w Japonii)
"What about songs I dropped from the setlists?" (piosenki, które nie zmieściły się na pozostałych płytach cd)
"What about the best alternate versions?" (najlepsze alternatywne wersje).
Cztery pierwsze płyty rzeczywiście odzwierciedlają trasę (odbyły się 4 koncerty tak samo zatytułowane) w Japonii w 2010 roku. Jeśli miałbym polecić jeden album koncertowy Hammilla to niech to będzie ten.

2. Bootlegi.
“Skeletons of Songs - Live At All Souls Unitarian Church Kansas City 16.02.1978” - bez wątpienia najlepszy bootleg Hammilla; wydany profesjonalnie i dziś łatwy do zdobycia (oczywiście w internecie); artysta sam chyba ceni ten koncert skoro wybrał z niego kilka piosenek na dodatki do remasterów swoich albumów. Jakość nagrań jest znakomita, zestaw wykonywanych utworów po prostu powala. Peter śpiewa i gra tu rewelacyjnie. Jak zwykle przeplatane są tu utwory solowe i zespołu Van Der Graaf Generator (m.in. rzadko wykonywany solo „Man-Erg”). Warto się również rozejrzeć za pozostałymi bootlegami z tej trasy.
„Rockpalast - Live in Hamburg, Markthalle 26.11.1981” – DVD – nie mogę nie polecić rewelacyjnego występu K-Group w niemieckiej telewizji ZDF. Sam koncert miał już być wydany od kilku lat – jednak wciąż coś stoi na przeszkodzie. Tym razem mamy zespół grający najlepsze kawałki K-Group oraz kilka klasyków Hammilla z przeszłości (rewelacyjne “Modern”, “Future Now”, “Second Hand”) oraz opus magnum tego bootlegu czyli “Flight”. Dodatkową atrakcją jest zachowanie muzyków – Hammill (ubrany w jakiś kitel lekarski czy też strój pacjenta zakładu psychiatrycznego) zachowuje się bardzo żywiołowo (tak też gra na fortepianie i gitarze elektrycznej); natomiast jego partnerzy to “roboty” odgrywające wybornie swoje partie.
“Kraków 16.12.1999” - koncert polecam głównie z sentymentu – sam na nim byłem. Cudowny występ (szkoda, że krótki) w naszym kraju. Jakość nagrania średnia, ale wartość nieoceniona.
“Elvis has left the building – London, Q.E.H 20.02.2003” - koncert w duecie ze skrzypkiem Stuartem Gordonem; może i przeszedł by bez echa, ale to właśnie tu nastąpiła ta magiczna chwila gdy na bis (“Still Life”) do muzyków dołączają najpierw Hugh Banton (fortepian), David Jackson (saksofon) i Guy Evans (tamburyn). Nastąpiła pre-reaktywacja VDGG – co prawda dopiero w 2005 tak naprawdę zaczęli koncertować i nagrywać, lecz w Londynie mieliśmy ten pierwszy raz.

III. Płyty nietypowe – ciekawostki warte poznania.
„The Fall of the House of Usher” (1991/1999) – opera rockowa z librettem Chrisa Judge’a Smitha (współzałożyciela Van Der Graaf Generator). Tekst oparto o najsłynniejsze opowiadanie mistrza horroru Edgara Allana Poe “Upadek domu Usherów”. Peter zatrudnił dodatkowych wokalistów, a sam nagrał całą muzykę. W 1999 operę zremiksował usuwając parte perkusji (w zamian dodał więcej gitar i skrzypce).
“The Union Chapel Concert” (1997) – płyta sygnowana również przez Guy’a Evansa – perkusistę VDGG. Z wieloma innymi muzykami Hammill zaprezentował na żywo m.in. takie utwory jak: „After the Show”, „Accidents”, „Ship of Fools”, „Red Shift” czy „Traintime”. Podczas tego występu miało miejsce niesamowite wydarzenie – na jedną piosenkę („Lemmings”) reaktywował się VDGG.
W ciągu kariery Hammill nagrał kilka albumów z muzyka eksperymentalną, często minimalistyczną, nierzadko nudną i mało interesującą; w większości instrumentalną - „Loops and Reels” (kaseta 1983, cd 1993), „Spur of the Moment” (1991) – wraz z Guyem Evansem, „Sonix” (1996), „Appointed Hour” (1999) – wraz z Rogerem Eno, oraz „Unsung” (2001), które były odskocznią od podstawowej - wokalnej twórczości Petera. Była to muzyka do baletu, teatru, utwory, które w zamierzeniu miały się stać piosenkami. Najciekawszy wydaje się być w tym zestawieniu „Unsung” – czternaście 3-4 minutowych arcydziełek o różnych obliczach – od spokojnych („Gated”, „West pole”) po wściekłe industrialne ataki („861 and Counting”). Płyta naprawdę interesująca i niecodzienna w dorobku artysty.

IV. Mimo wszystko warto znać.
“Fool’s Mate” (1971) – pierwszy solowy album Hammilla; większość piosenek została skomponowana w latach 60-tych; ale dopiero teraz znalazło się dla nich miejsce na płycie; w nagraniach uczestniczył m.in. Robert Fripp.
“Over” (1977) – concept-album powstały po zerwaniu związku z kobietą; bardzo emocjonalna płyta, zdominowana jednak przez bardzo osobiste teksty.
“The Future Now” (1978) – pierwszy z albumów, na którym pojawiły się bardziej eksperymentalne utwory takie jak: „Mediaevil” (wyłącznie głosy Hammilla), „A Moto-bike in Afrika”, „The Cut”, „Palinurus (Castaway). Artysta doskonale wykorzystał możliwości studia nagraniowego.
 “In A Foreign Town” (1988) – randka z popem; kilka piosenek ma przyjemne dla ucha syntezatorowe melodie.
„What, now?” (2001) – znowu mroczny, ciężki album z takimi arcydziełami jak „Here Comes the Talkies” czy „Lunatic in Knots”.
„Incoherence” (2004) – 41-minutowa suita; temat przewodni zaburzenia komunikacji międzyludzkiej (w kontekście filozofii greckiej).

V. Dodatek – subiektywne rankingi.

1. Najlepsze utwory Petera Hammilla:


1. Gog/Magog (17 min. 40 s.) – z płyty „In Camera” (1974)
2. A Louse Is Not A Home (12 min. 31 s.) – z płyty “The Silent Corner And The Empty Stage” (1974)
3. “(In the) Black Room” (11 min. 21 s.) – z płyty “Chameleon in the Shadow of the Night” (1973)
4. „A Way Out” (7 min. 17 s.) – z płyty “Out of Water” (1990)
5. “White Dot” (6 min. 22 s.) – z płyty “Singularity” (2006)
6. “The Lie” (5 min. 46 s.) - z płyty “The Silent Corner And The Empty Stage” (1974)
7. “The Flight” (19 min. 36 s.) – z płyty “Black Box” (1980)
8. “A Run of Luck” (3 min. 50 s.) – z płyty “Consequences” (2012)
9. “The Top of the World Club” (7 min. 04 s.) – z płyty “Thin Air” (2009)
10. “861 and counting” (4 min. 03 s.) z płyty “Unsung” (2001).

2. Najlepsze albumy Petera Hammilla:

1. “In Camera” (1974)
2. “The Silent Corner And The Empty Stage” (1974)
3. “The Future Now” (1978)
4. “Nadir’s Big Chance” (1975)
5. “Singularity” (2006)
6. “Pno Gtr Vox Box” (2012)
7. “Chameleon in the Shadow of the Night” (1973)
8. “Unsung” (2001)
9. “Black Box” (1980)
10. “Thin Air” (2009).

3. Najgorsze płyty Petera Hammilla:

1) “Skin” (1986) – “polecam szczególnie” wykonanie „Painting By Numbers” - 2) “X my Heart” (1996)
3) “The Noise” (1993)
4) “There Goes the Daylight” (1993)
5) “Everyone You Hold” (1997) .


Jeśli dotrwałeś do tego momentu chwała Ci. Mam nadzieję, że dokonałem dobrego podziału, że właściwe płyty zarekomendowałem; a Ty słuchaczu-czytelniku również wybierzesz coś dla siebie.
Płyty Hammilla są jak lody – każda płyta ma inny smak. I wyłącznie od Ciebie zależy, których skosztujesz, które Ci zasmakują, a które pokochasz na zawsze.
Jeszcze na zakończenie – to nie jest kanon muzyki Hammilla; to moje subiektywne odczucia; podejrzewam, że być może ktoś inny wybrał by całkiem inne płyty, ale skoro trafiło na mnie jest tak a nie inaczej.
There’s the thing, hold it close.
You had your fling. You laid your ghosts.

Time to leave, close the door.
You can’t believe you wanted more,
more or less, al for the best
in the end it’s al behind you.

There’s the thing, for all you know
it’s time to let go.

Offline Sebastian Winter

  • Wampir
  • Ekspert-wyjadacz
  • ***
  • Wiadomości: 22294
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Peter Hamill dla początkujących (subiektywna (bardzo) propozycja)
« Odpowiedź #1 dnia: 12 Listopada 2012, 09:30:53 »
Nie ze wszystkimi płytami sie zgadzam jednak jak mialo być subiektywnie to subiektywnie- super robota Ceizuracu [ok] [ok] [ok]
What can I say when, in some obscure way,
I am my own direction?

Offline Polset

  • NadKoneser
  • Ekspert-wyjadacz
  • ****
  • Wiadomości: 6648
  • Płeć: Mężczyzna
  • Michał Sz. (Polset)
    • Zobacz profil
    • Polset on YouTube
Odp: Peter Hamill dla początkujących (subiektywna (bardzo) propozycja)
« Odpowiedź #2 dnia: 12 Listopada 2012, 11:17:59 »
Nie ze wszystkimi płytami sie zgadzam jednak jak mialo być subiektywnie to subiektywnie- super robota Ceizuracu [ok] [ok] [ok]

Zgadzam się w 100%! Ale chyba było wyjaśnione co znaczy K. Jest w tekście Tomka w TR z 1995 roku
I cieszę się że jestem sam. Samotnie łatwiej myśleć i łatwiej tańczyć kiedy już poumierają wszyscy"

Offline ceizurac

  • (цеиэурац)
  • NadKoneser
  • Ekspert-wyjadacz
  • ****
  • Wiadomości: 15564
  • Płeć: Mężczyzna
  • booty
    • Zobacz profil
Odp: Peter Hamill dla początkujących (subiektywna (bardzo) propozycja)
« Odpowiedź #3 dnia: 12 Listopada 2012, 12:12:32 »
Nie ze wszystkimi płytami sie zgadzam jednak jak mialo być subiektywnie to subiektywnie- super robota Ceizuracu [ok] [ok] [ok]

Zgadzam się w 100%! Ale chyba było wyjaśnione co znaczy K. Jest w tekście Tomka w TR z 1995 roku

Ja się z Wami zgadzam, że się nie zgadzacie ze mną w kwestii płyt.  ;D
Dlatego napisałem, że to bardzo subiektywny wybór.
A co do wyjaśnienia K - Polset ma rację - było wyjaśnienie jako "keen"; ale ja też znalazłem w necie, że to od Josefa K. mogłoby być. Chyba trzeba by zapytać samego Hammilla by mieć 100% pewności. Chociaż on też pewnie nie będzie pamiętał, albo się wykręci.
There’s the thing, hold it close.
You had your fling. You laid your ghosts.

Time to leave, close the door.
You can’t believe you wanted more,
more or less, al for the best
in the end it’s al behind you.

There’s the thing, for all you know
it’s time to let go.

Offline Sebastian Winter

  • Wampir
  • Ekspert-wyjadacz
  • ***
  • Wiadomości: 22294
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Peter Hamill dla początkujących (subiektywna (bardzo) propozycja)
« Odpowiedź #4 dnia: 12 Listopada 2012, 13:51:51 »
Nie ze wszystkimi płytami sie zgadzam jednak jak mialo być subiektywnie to subiektywnie- super robota Ceizuracu [ok] [ok] [ok]

Zgadzam się w 100%! Ale chyba było wyjaśnione co znaczy K. Jest w tekście Tomka w TR z 1995 roku

Ja się z Wami zgadzam, że się nie zgadzacie ze mną w kwestii płyt.  ;D
Dlatego napisałem, że to bardzo subiektywny wybór.
A co do wyjaśnienia K - Polset ma rację - było wyjaśnienie jako "keen"; ale ja też znalazłem w necie, że to od Josefa K. mogłoby być. Chyba trzeba by zapytać samego Hammilla by mieć 100% pewności. Chociaż on też pewnie nie będzie pamiętał, albo się wykręci.


ten Kafka by pasował do muzyki :) jakby to prawda była
What can I say when, in some obscure way,
I am my own direction?

Offline Kogut

  • Koneser
  • Ekspert-wyjadacz
  • ***
  • Wiadomości: 1267
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Peter Hamill dla początkujących (subiektywna (bardzo) propozycja)
« Odpowiedź #5 dnia: 12 Listopada 2012, 20:44:46 »
Ja bym te płyty w nieco innej kolejności poukładał. Dla mnie jednak numerem jeden jest "Silent Corner".
Jeszcze słówko o "Skin". Zgadzam się, że płyta (delikatnie mówiąc) nie powala. Ale jednak jedna perła tam się znalazła... "Four Pails" urywa głowę.
« Ostatnia zmiana: 04 Maja 2014, 15:09:26 wysłana przez Kogut »

Offline Sebastian Winter

  • Wampir
  • Ekspert-wyjadacz
  • ***
  • Wiadomości: 22294
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Peter Hamill dla początkujących (subiektywna (bardzo) propozycja)
« Odpowiedź #6 dnia: 12 Listopada 2012, 22:36:46 »
szkoda tylko ze w swojej dziesiątce najlepszych plyt Hammilla nie umiesciłeś Over- z pewnoscią na to zasluguje- w moim rankingu jest na przykład na trzecim miejscu- po Silent... i In camera-
What can I say when, in some obscure way,
I am my own direction?

Offline ceizurac

  • (цеиэурац)
  • NadKoneser
  • Ekspert-wyjadacz
  • ****
  • Wiadomości: 15564
  • Płeć: Mężczyzna
  • booty
    • Zobacz profil
Odp: Peter Hamill dla początkujących (subiektywna (bardzo) propozycja)
« Odpowiedź #7 dnia: 13 Listopada 2012, 07:53:44 »
Jeszcze słówko o "Skin". Zgadzam się, że płyta (delikatnie mówiąc) nie powala. Ale jednak jedna perła tam się znalazła... "Four Pails" urywa głowę!

Mnie głowy "Four Pails" nie urywa.  ;) Jakiś smętny dla mnie to kawałek. Za to jajami trzęsie "Now Lover".  :)

szkoda tylko ze w swojej dziesiątce najlepszych plyt Hammilla nie umiesciłeś Over- z pewnoscią na to zasluguje- w moim rankingu jest na przykład na trzecim miejscu- po Silent... i In camera-

"Over" ma u mnie game over. Już mnie nie zachwyca jak kiedyś.
There’s the thing, hold it close.
You had your fling. You laid your ghosts.

Time to leave, close the door.
You can’t believe you wanted more,
more or less, al for the best
in the end it’s al behind you.

There’s the thing, for all you know
it’s time to let go.

Offline LukaszS

  • (ЛукашС)
  • NadKoneser
  • Ekspert-wyjadacz
  • ****
  • Wiadomości: 2987
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: Peter Hamill dla początkujących (subiektywna (bardzo) propozycja)
« Odpowiedź #8 dnia: 13 Listopada 2012, 17:54:53 »
A moja subiektywna ocena płyty Over, X My heart i Everyone You Hold przesuwa z najgorszych do najlepszych...;-) X My Heart było przecież pierwszą płytą Hammilla wydaną w Polsce przez Sonic i dzięki niej i Love Songs kiedyś zainteresowałem się solowym Hammillem... tylko czy ktoś oprócz  nas zajrzy do tego tekstu ?
There is so much sorrow in the world,
there is so much emptiness and heartbreak and pain.
Somewhere on the road we have all taken a wrong turn...
how can we build the right path again?