Autor Wątek: "ALT" - "filmowa" recenzja  (Przeczytany 21128 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline ceizurac

  • (цеиэурац)
  • NadKoneser
  • Ekspert-wyjadacz
  • ****
  • Wiadomości: 14763
  • Płeć: Mężczyzna
  • booty
    • Zobacz profil
"ALT" - "filmowa" recenzja
« dnia: 06 Października 2012, 12:29:39 »
W dniu ukazania się „Consequences” Petera Hammilla dowiedziałem się, że VDGG wyda nowy „studyjny” album. Wiadomość ta była wspaniała; ale jak się okazało nie do końca, bo album miał być całkowicie instrumentalny. Czy nie za szybko wydany? Ledwie rok po „A Grounding In Numbers”. Na szczęście (nieszczęście?) okazało się, że nowa płyta będzie nie całkiem nowa. „ALT” nagrywany był bowiem fragmentami podczas sesji do wcześniejszych płyt zespołu („Trisector” i „GIN”)  już od 2006 roku. Jak każdy fan pamięta na reaktywacyjnym, podwójnym „Present” druga płyta była zbiorem improwizacji studyjnych. Nie można się oprzeć stwierdzeniu, że „ALT” jest kopią tamtego pomysłu - mamy dużo muzyki, nieważne czy dobrej czy złej, wydajemy – oni (czyli MY najzagorzalsi fani) i tak kupią to bez zająknięcia. Czy to wyciąganie kasy od nas? Chyba nie. Mimo, że zgodnie z tytułem jest to „alternatywne” oblicze zespołu, który kiedyś na przełomie lat 60. i 70. był innowatorem w muzyce, płyta jest do przełknięcia dla (prawie) każdego, komu nazwa VDGG jest bliska sercu (uszom). Pewnie niektórzy tego oblicza nie zaakceptują twierdząc - zresztą od płyty „Trisector” tak było i będzie - że zespół bez Jaxona już nie jest tym samym i nie da rady improwizować; że muzyka z Hammillem, ale bez jego wokalu to strata czasu. Ale patrząc wstecz na zespół Hammilla – w przeciwieństwie np. do King Crimson – nie grał nigdy improwizacji; owszem zdarzały się, ale niezwykle rzadko; głównie były to wprowadzenia do konkretnych kompozycji takich jak np. „Lemmings”, gdzie Jaxon, Banton i Evans coś tam swobodnie grali, a Hammill stroił w tym czasie gitarę szukając odpowiedniego dźwięku. Zresztą Hammill w przeszłości wydał kilka instrumentalnych (często dość awangardowych) albumów, z których może nie wszystkie były interesujące, ale kilka na pewno jest wartych poznania („Loops and Reels” czy „Unsung”).

Wg słów samego Hammilla „ALT” nie jest zwyczajnym albumem zespołu, lecz zbiorem nagrań zarejestrowanych "gdy działała tylko lewa półkula naszego zbiorowego mózgu". To improwizacje nagrane podczas prób dźwięku i w studiu oraz bardziej świadome kompozycje, które pozwalają lepiej się wsłuchać w alternatywne brzmienie grupy. Cokolwiek to znaczy.
Pewną „namiastką” (zwiastunem?) tych nagrań był opublikowany w kwietniu 2011 roku limitowany winylowy singiel z bardzo kontrowersyjnym utworem „Highly Strung”. Piosenka ta pochodziła z płyty „A Grounding In Numbers”; na stronie B znalazła się instrumentalna kompozycja „Elsewhere” – dość awangardowa, brutalna podróż w kolaż bardzo pokręconych dźwięków.

Jakby na przekór „ALT” rozpoczyna się jeszcze właściwie spokojnie, by nie powiedzieć błogo - dociera do nas śpiew słowika, w końcu dołącza delikatne bębnienie. Ciche, senne  wprowadzenie, bez rewelacji. Następne dwa fragmenty – „Extractus” i „Sackbutt” - dźwiękowo też niczym specjalnym się nie wyróżniają: bębnienie, klawisze, gitara, ale takie to wszystko bezpłciowe (bezsensowne?). Te ułamki dźwiękowe wydają się być całkowicie wyrwane z kontekstu. Można przewinąć.
Natomiast „Colossus” to bomba, horror i kawał mrocznej muzy. Słuchając tego nastrojowego kawałka czuję się jakbym był porucznik Ellen Ripley i uciekał przed królową Obcych, gdzieś tam w otchłani kosmosu lub na statku kosmicznym. Niepokojące klawisze, syczenie na blachach perkusji; w tle jakieś odgłosy, z których później wyłaniają się solówki klawiszy – najpierw niby na trąbce (kłania się freejazz Coltrane’a), potem na dzwonach rurowych i marimbie (czy cymbałkach). Strasznie chory kawałek, w pewnym momencie wszystko zmierza ku kakofonii. Ech gdyby go umieścić w setliście koncertowej… Marzenie.
„Batty Lopp” – kolejne krótkie nieporozumienie, bezsensowne i nieklarowne. Od razu przełączam na następny.
„Splendid” to jedna wielka (długa) ciekawa solówka Bantona na Hammondzie.
”Repeat After Me” – najspokojniejszy i najpiękniejszy fragment „ALT”; romantyczne delikatne fortepianowe akordy, gitara basowa na granicy słyszalności. Po wcześniejszych odlotach ta ponad siedmiominutowa kompozycja jest prawdziwym uspokojeniem i ukojeniem dla uszu.
„Here’s One I Made Ealier” rozpoczyna się przestrzenną soundscapową (frippową?) solową gitarą, mamy nawet jakby krążący gitarowy riff; i mamy ciąg dalszy „Obcego” – dźwiękowe „kapanie wody”, kosmiczne klawisze. Idzie po nas potwór. Niestety szans na przeżycie nie mamy żadnych.
Chyba, że zaserwujemy mu „Midnite or So” – dość „filmowy” fragment – melodia ciągnięta przez organy, głucha perkusja. Słuchając go „Obcy” na pewno trochę zmarudzi dając nam szansę na ucieczkę..
 „D’Accord” jest podobny w nastroju do „Here’s One I Made Ealier” – klawisze, jakieś dźwięki w tle (startujące rakiety kosmiczne?), stukania i…koniec.
„Mackerel Ate Them” to bliźniaczy brat (a może siostra?) „Elsewhere” – atak perkusyjno-klawiszowy, zmiany tempa, zgrzyty i „brudne” dźwięki nieokreślonych instrumentów (znaczy się zniekształconych do granic możliwości klawiszy, perkusji i gitar). Co prawda w środku trochę się to wszystko uspokaja („Prometeusz” wylądował), ale ciąg dalszy dźwiękowych szaleństw gwarantowany. Awangarda jak najbardziej awangardowa. Dla naprawdę doświadczonych i wytrzymałych słuchaczy.
„Tuesday, the Riff” – to ostateczna dźwiękowa ucieczka przed „Obcym”. Gwałtowny, brutalny atak na uszy; perkusja nas dobija swą mocą. Szkoda, że tak krótko trwała walka.
„Dronus” jest najlepszym utworem albumu. Najdłuższym, najbardziej dopracowanym i konkretnym. To idealny dźwiękowy obraz po apokalipsie (wszyscy poza Ripley zginęli; no i głowa któregoś z robotów); słychać dogorywanie skowyczących potworów; smutna i posępna to kompozycja – zbliżona klimatem do „The Light Continent” z płyty Hammilla „This”. Właściwie niewiele się w niej dzieje – jak to w muzyce ambient - ciągnący się klawiszowo-syntezatorowy motyw, echa jakichś dźwiękowych odłamków perkusji, gitar. I tak przez ponad 10 minut. Takiej kompozycji nie powstydziłby się pewnie w latach 70. Tangerine Dream.

Mankamentem „ALT-a” jest brzmienie niektórych kompozycji. Przede wszystkim garażowa perkusja z pogłosem charakterystycznym dla nagrań demo. Czyli tak jak powinno być, bo to są w pewnym sensie nagrania demo. Oczywiście taki „Dronus” czy „Colossus”, nie wspominając o „Repeat After Me” mają brzmienie bardzo dobre, by nie powiedzieć dopieszczone do granic możliwości. Moim zdaniem spokojnie można było kilka kawałków opuścić, zrobić nowy układ i płyta byłaby o wiele bardziej interesująca. Zresztą taka wersja już niejako istnieje – jest to winylowe wydanie płyty. A prezentuje się ono tak:
Strona A:
1. Colossus [6:36]
2. Repeat After Me [7:39]
3. Earlybird [4:01]
4. Elsewhere [4:19]
5. Loop J2 [0:48]

Strona B:
1. D'accord [2:28]
2. Mackerel Ate Them [4:50]
3. Here's One I Made Earlier [5:42]
4. Dronus [10:37]

Jak widać mamy tu utwór „LoopJ2”, nieobecny na wersji CD. Ale skoro trwa ledwie 48 sekund nie jest chyba czymś o co warto by się zabijać.
Wracając do układu płyty – zdecydowanie lepiej wg mnie prezentowałaby się następująco:
   
Elsewhere
Colossus
Repeat After Me
Here’s One I Made Ealier
Splendid
D'accord
Mackerel Ate Them
Tuesday, The Rif
Dronus.

Wtedy mielibyśmy około 50 minut naprawdę najlepszych momentów tych sesji. Jasne, że i tak jest to bardzo awangardowa muzyka (jak na Van Der Graaf Generator) i dla zwykłego słuchacza będzie nie do przełknięcia w całości od razu; trzeba jedna próbować, słuchać kilkanaście razy – szczególnie głośno. Wtedy ten kolaż niesamowitych dźwięków pokaże nam, że starsi panowie trzej jeszcze mogą dać czadu.

PS. Ostatnio oglądałem film „Prometeusz” Ridleya Scotta i tak jakoś mi się nasunęły porównania. Swoją drogą „ALT” spokojnie mógłby być ścieżką dźwiękową jakiegoś horroru science-fiction. Może to nowe wyzwanie przed grupą?
There’s the thing, hold it close.
You had your fling. You laid your ghosts.

Time to leave, close the door.
You can’t believe you wanted more,
more or less, al for the best
in the end it’s al behind you.

There’s the thing, for all you know
it’s time to let go.

Offline Sebastian Winter

  • Wampir
  • Ekspert-wyjadacz
  • ***
  • Wiadomości: 20305
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: "ALT" - "filmowa" recenzja
« Odpowiedź #1 dnia: 06 Października 2012, 14:32:12 »
W dniu ukazania się „Consequences” Petera Hammilla dowiedziałem się, że VDGG wyda nowy „studyjny” album. Wiadomość ta była wspaniała; ale jak się okazało nie do końca, bo album miał być całkowicie instrumentalny. Czy nie za szybko wydany? Ledwie rok po „A Grounding In Numbers”. Na szczęście (nieszczęście?) okazało się, że nowa płyta będzie nie całkiem nowa. „ALT” nagrywany był bowiem fragmentami podczas sesji do wcześniejszych płyt zespołu („Trisector” i „GIN”)  już od 2006 roku. Jak każdy fan pamięta na reaktywacyjnym, podwójnym „Present” druga płyta była zbiorem improwizacji studyjnych. Nie można się oprzeć stwierdzeniu, że „ALT” jest kopią tamtego pomysłu - mamy dużo muzyki, nieważne czy dobrej czy złej, wydajemy – oni (czyli MY najzagorzalsi fani) i tak kupią to bez zająknięcia. Czy to wyciąganie kasy od nas? Chyba nie. Mimo, że zgodnie z tytułem jest to „alternatywne” oblicze zespołu, który kiedyś na przełomie lat 60. i 70. był innowatorem w muzyce, płyta jest do przełknięcia dla (prawie) każdego, komu nazwa VDGG jest bliska sercu (uszom). Pewnie niektórzy tego oblicza nie zaakceptują twierdząc - zresztą od płyty „Trisector” tak było i będzie - że zespół bez Jaxona już nie jest tym samym i nie da rady improwizować; że muzyka z Hammillem, ale bez jego wokalu to strata czasu. Ale patrząc wstecz na zespół Hammilla – w przeciwieństwie np. do King Crimson – nie grał nigdy improwizacji; owszem zdarzały się, ale niezwykle rzadko; głównie były to wprowadzenia do konkretnych kompozycji takich jak np. „Lemmings”, gdzie Jaxon, Banton i Evans coś tam swobodnie grali, a Hammill stroił w tym czasie gitarę szukając odpowiedniego dźwięku. Zresztą Hammill w przeszłości wydał kilka instrumentalnych (często dość awangardowych) albumów, z których może nie wszystkie były interesujące, ale kilka na pewno jest wartych poznania („Loops and Reels” czy „Unsung”).

Wg słów samego Hammilla „ALT” nie jest zwyczajnym albumem zespołu, lecz zbiorem nagrań zarejestrowanych "gdy działała tylko lewa półkula naszego zbiorowego mózgu". To improwizacje nagrane podczas prób dźwięku i w studiu oraz bardziej świadome kompozycje, które pozwalają lepiej się wsłuchać w alternatywne brzmienie grupy. Cokolwiek to znaczy.
Pewną „namiastką” (zwiastunem?) tych nagrań był opublikowany w kwietniu 2011 roku limitowany winylowy singiel z bardzo kontrowersyjnym utworem „Highly Strung”. Piosenka ta pochodziła z płyty „A Grounding In Numbers”; na stronie B znalazła się instrumentalna kompozycja „Elsewhere” – dość awangardowa, brutalna podróż w kolaż bardzo pokręconych dźwięków.

Jakby na przekór „ALT” rozpoczyna się jeszcze właściwie spokojnie, by nie powiedzieć błogo - dociera do nas śpiew słowika, w końcu dołącza delikatne bębnienie. Ciche, senne  wprowadzenie, bez rewelacji. Następne dwa fragmenty – „Extractus” i „Sackbutt” - dźwiękowo też niczym specjalnym się nie wyróżniają: bębnienie, klawisze, gitara, ale takie to wszystko bezpłciowe (bezsensowne?). Te ułamki dźwiękowe wydają się być całkowicie wyrwane z kontekstu. Można przewinąć.
Natomiast „Colossus” to bomba, horror i kawał mrocznej muzy. Słuchając tego nastrojowego kawałka czuję się jakbym był porucznik Ellen Ripley i uciekał przed królową Obcych, gdzieś tam w otchłani kosmosu lub na statku kosmicznym. Niepokojące klawisze, syczenie na blachach perkusji; w tle jakieś odgłosy, z których później wyłaniają się solówki klawiszy – najpierw niby na trąbce (kłania się freejazz Coltrane’a), potem na dzwonach rurowych i marimbie (czy cymbałkach). Strasznie chory kawałek, w pewnym momencie wszystko zmierza ku kakofonii. Ech gdyby go umieścić w setliście koncertowej… Marzenie.
„Batty Lopp” – kolejne krótkie nieporozumienie, bezsensowne i nieklarowne. Od razu przełączam na następny.
„Splendid” to jedna wielka (długa) ciekawa solówka Bantona na Hammondzie.
”Repeat After Me” – najspokojniejszy i najpiękniejszy fragment „ALT”; romantyczne delikatne fortepianowe akordy, gitara basowa na granicy słyszalności. Po wcześniejszych odlotach ta ponad siedmiominutowa kompozycja jest prawdziwym uspokojeniem i ukojeniem dla uszu.
„Here’s One I Made Ealier” rozpoczyna się przestrzenną soundscapową (frippową?) solową gitarą, mamy nawet jakby krążący gitarowy riff; i mamy ciąg dalszy „Obcego” – dźwiękowe „kapanie wody”, kosmiczne klawisze. Idzie po nas potwór. Niestety szans na przeżycie nie mamy żadnych.
Chyba, że zaserwujemy mu „Midnite or So” – dość „filmowy” fragment – melodia ciągnięta przez organy, głucha perkusja. Słuchając go „Obcy” na pewno trochę zmarudzi dając nam szansę na ucieczkę..
 „D’Accord” jest podobny w nastroju do „Here’s One I Made Ealier” – klawisze, jakieś dźwięki w tle (startujące rakiety kosmiczne?), stukania i…koniec.
„Mackerel Ate Them” to bliźniaczy brat (a może siostra?) „Elsewhere” – atak perkusyjno-klawiszowy, zmiany tempa, zgrzyty i „brudne” dźwięki nieokreślonych instrumentów (znaczy się zniekształconych do granic możliwości klawiszy, perkusji i gitar). Co prawda w środku trochę się to wszystko uspokaja („Prometeusz” wylądował), ale ciąg dalszy dźwiękowych szaleństw gwarantowany. Awangarda jak najbardziej awangardowa. Dla naprawdę doświadczonych i wytrzymałych słuchaczy.
„Tuesday, the Riff” – to ostateczna dźwiękowa ucieczka przed „Obcym”. Gwałtowny, brutalny atak na uszy; perkusja nas dobija swą mocą. Szkoda, że tak krótko trwała walka.
„Dronus” jest najlepszym utworem albumu. Najdłuższym, najbardziej dopracowanym i konkretnym. To idealny dźwiękowy obraz po apokalipsie (wszyscy poza Ripley zginęli; no i głowa któregoś z robotów); słychać dogorywanie skowyczących potworów; smutna i posępna to kompozycja – zbliżona klimatem do „The Light Continent” z płyty Hammilla „This”. Właściwie niewiele się w niej dzieje – jak to w muzyce ambient - ciągnący się klawiszowo-syntezatorowy motyw, echa jakichś dźwiękowych odłamków perkusji, gitar. I tak przez ponad 10 minut. Takiej kompozycji nie powstydziłby się pewnie w latach 70. Tangerine Dream.

Mankamentem „ALT-a” jest brzmienie niektórych kompozycji. Przede wszystkim garażowa perkusja z pogłosem charakterystycznym dla nagrań demo. Czyli tak jak powinno być, bo to są w pewnym sensie nagrania demo. Oczywiście taki „Dronus” czy „Colossus”, nie wspominając o „Repeat After Me” mają brzmienie bardzo dobre, by nie powiedzieć dopieszczone do granic możliwości. Moim zdaniem spokojnie można było kilka kawałków opuścić, zrobić nowy układ i płyta byłaby o wiele bardziej interesująca. Zresztą taka wersja już niejako istnieje – jest to winylowe wydanie płyty. A prezentuje się ono tak:
Strona A:
1. Colossus [6:36]
2. Repeat After Me [7:39]
3. Earlybird [4:01]
4. Elsewhere [4:19]
5. Loop J2 [0:48]

Strona B:
1. D'accord [2:28]
2. Mackerel Ate Them [4:50]
3. Here's One I Made Earlier [5:42]
4. Dronus [10:37]

Jak widać mamy tu utwór „LoopJ2”, nieobecny na wersji CD. Ale skoro trwa ledwie 48 sekund nie jest chyba czymś o co warto by się zabijać.
Wracając do układu płyty – zdecydowanie lepiej wg mnie prezentowałaby się następująco:
   
Elsewhere
Colossus
Repeat After Me
Here’s One I Made Ealier
Splendid
D'accord
Mackerel Ate Them
Tuesday, The Rif
Dronus.

Wtedy mielibyśmy około 50 minut naprawdę najlepszych momentów tych sesji. Jasne, że i tak jest to bardzo awangardowa muzyka (jak na Van Der Graaf Generator) i dla zwykłego słuchacza będzie nie do przełknięcia w całości od razu; trzeba jedna próbować, słuchać kilkanaście razy – szczególnie głośno. Wtedy ten kolaż niesamowitych dźwięków pokaże nam, że starsi panowie trzej jeszcze mogą dać czadu.

PS. Ostatnio oglądałem film „Prometeusz” Ridleya Scotta i tak jakoś mi się nasunęły porównania. Swoją drogą „ALT” spokojnie mógłby być ścieżką dźwiękową jakiegoś horroru science-fiction. Może to nowe wyzwanie przed grupą?


dobra robota Ceizuracu :)
What can I say when, in some obscure way,
I am my own direction?

Offline Sebastian Winter

  • Wampir
  • Ekspert-wyjadacz
  • ***
  • Wiadomości: 20305
  • Płeć: Mężczyzna
    • Zobacz profil
Odp: "ALT" - "filmowa" recenzja
« Odpowiedź #2 dnia: 08 Października 2012, 22:31:35 »
trzeba by tę recenzje na stronę dać :)
What can I say when, in some obscure way,
I am my own direction?

Offline ceizurac

  • (цеиэурац)
  • NadKoneser
  • Ekspert-wyjadacz
  • ****
  • Wiadomości: 14763
  • Płeć: Mężczyzna
  • booty
    • Zobacz profil
Odp: "ALT" - "filmowa" recenzja
« Odpowiedź #3 dnia: 09 Października 2012, 07:58:52 »
trzeba by tę recenzje na stronę dać :)

Poproszę raz.  :)
There’s the thing, hold it close.
You had your fling. You laid your ghosts.

Time to leave, close the door.
You can’t believe you wanted more,
more or less, al for the best
in the end it’s al behind you.

There’s the thing, for all you know
it’s time to let go.

Offline Rael

  • NadKoneser
  • Aktywny użytkownik
  • ****
  • Wiadomości: 133
    • Zobacz profil
Odp: "ALT" - "filmowa" recenzja
« Odpowiedź #4 dnia: 07 Października 2018, 14:38:29 »
Ja ostatnio sobie odświeżyłem Alt po latach i anwet się z ta płytą polubilem. Wkurza mnie tylko niesamowicie blad nagraniowy w Sackbutt (bardzo glosne pykniecie ok 24 sekundy). Takie rzeczy powinny byc wylapywane przed wydaniem plyty na rynek.